Festiwal Szekspirowski

News

Aktualności – Wydarzenia – Komunikaty

Z01_5384-1200x799.jpg

2 sierpnia 2019

Przestrzeń sacrum, w której można zrobić selfie z najsłynniejszym księciem Danii na tle zabytkowego ołtarza, słuchając podniosłej psychodelicznej muzyki, to Elsynor z Hamleta w reżyserii Mai Kleczewskiej. Reżyserka wyprowadza Szekspirowskiego bohatera poza scenę klasycznego teatru i tym samym pyta o nośność sztuki we współczesnym wielokulturowym świecie.

Poznańską Starą Rzeźnię zastąpiło gdańskie Centrum Świętego Jana, do którego wchodzimy zaopatrzeni w zestaw słuchawek. Ten niecodzienny w teatrze rekwizyt służy nam do decydowania, której ze scen rozgrywającego się w kilku częściach kościoła przedstawienia chcemy słuchać. Tak jak widzowie Black Mirror: Bandersnatch decydują o losach bohaterów tego interaktywnego filmu, my montujemy własne dramatyczne układanki. Patchworkowy Hamlet wydaje się zatem odpowiedzią na potrzeby dzisiejszych czasów. Jako odbiorcy Netflixa, przyzwyczajeni do kultury na żądanie, możemy poczuć się swobodnie w świecie, który zaprojektował dla nas Zbigniew Libera, autor scenografii. Zapomnijmy o siedzeniu w teatralnym rzędzie. Denerwuje cię główny bohater? To od ciebie zależy, kogo będziesz obserwować. Chcesz poczuć bijące serce Hamleta? Wystarczy podejść, nic już nie dzieli cię od postaci, za którymi podążasz. Jesteś zmęczona/zmęczony? Usiądź przy weselnym stole Gertrudy i Klaudiusza. Szekspirowska Dania jest więzieniem, ale dzisiejszy Elsynor możesz opuścić, kiedy zechcesz. Autorzy spektaklu wpisują się tym samym w patronujące tegorocznemu Festiwalowi hasło „Shaking the Walls”. Mur między aktorami a widzami, ale i ten między światem teatru a życiem, zostaje zburzony.

Twórcy nominowanego w konkursie o Złotego Yoricka Hamleta nie tylko burzą jednak czwartą ścianę i dezautomatyzują przyzwyczajenia publiczności. Maja Kleczewska i współpracujący z nią dramaturg, Łukasz Chotkowski, podkreślają w wywiadach, że zależy im także na znoszeniu barier pomiędzy ludźmi i nawoływaniu do dialogu. Stąd wielokulturowa obsada: tytułowego bohatera gra Ukrainiec (Roman Lutskyi), a Gertrudę Rosjanka (Alona Szostak). Fortynbrasa tworzy zaś troje aktorów o pozaeuropejskich korzeniach (Mandar Purandare, Gamou Fall, Flaunnette Mafa). Część spektaklu grana jest ponadto po rosyjsku i ukraińsku.

Co więcej, w świecie Hamleta mieszają się nie tylko kultury i języki. Horacy (Michał Sikorski) stylizowany na Stephena Hawkinga, nucąca Strangers in the Night Gertruda, Ofelia (Teresa Kwiatkowska) w długiej białej sukni typu beza z czerwonym napisem „I love you” oraz ubrani w kurtki marki Adidas Rosencrantz i Guildenstern w połączeniu z donośną, patetyczną, wprawiającą w trans muzyką, wyświetlanym na ekranie filmem – „relacją na żywo” z jadalni Klaudiusza i Getrudy czy drugoplanowymi aktorami wykonującymi ekspresyjne tańce tworzą niezwykle eklektyczną rzeczywistość. Zaproszeni na teatralną ucztę stajemy przed wyzwaniem: jak odnaleźć się w tym natłoku bodźców i tak rozegrać akcję, w którą jesteśmy wrzuceni, by nie umknęło nam to, co najważniejsze, a nasza sztuka nie była jedynie nic nieznaczącą gadaniną – „PLEPLE”?

Hamlet Mai Kleczewskiej rozpoczyna się zbiorową deklamacją tekstu Hamlet–Maszyna Heinera Müllera: „Byłem Hamletem. Stałem na brzegu i rozmawiałem z morzem PLEPLE, z tyłu za mną ruiny Europy…”. Jego bohater nie wierzy w moc sprawczą sztuki ani w to, że kogokolwiek może ona jeszcze zainteresować. Hamlet, którego zobaczyliśmy wczoraj, pyta m.in. o jej znaczenie i kondycję twórcy. Tytułowy bohater ponosi artystyczną klęskę. Oglądający Pułapkę na myszy Klaudiusz nie rozumie przekazu spektaklu wyreżyserowanego przez swojego bratanka. Popijając wino, dobrze się bawi i ani na chwilę nie przestaje być cyniczny. Morderca króla i jego niedawno poślubiona żona wydają się zresztą bardziej zainteresowani i zadziwieni tatarską urodą jednego z aktorów, wobec którego pozwalają sobie na kąśliwe komentarze, niż właściwym przekazem przedstawienia, które prezentuje im Hamlet. Gdy Horacy w jednym z najbardziej poruszających dla mnie momentów spektaklu mówił do księcia, by ten „powstrzymał zdumienie i wsłuchał się w prawdę”, znajdowali się widocznie w innej części Elsynoru.

Można by uznać, że poznański Hamlet ma w związku z tym wydźwięk pesymistyczny, a jego twórcy powtarzają za HamletMaszyną: „Wycofuję się z dalszej gry”. Jednak spektakl rozpoczyna się na nowo, a aktorzy nie stają do oklasków. Sztuka trwa, bo choć opuściliśmy wczoraj Centrum Świętego Jana, zróżnicowany szalony świat czekał na nas na zewnątrz, a w nim wcale nie łatwiejsza mozaika do ułożenia. Tym samym wpadliśmy w pułapkę, bo Elsynoru jednak opuścić się nie da. Maja Kleczewska z dramatu Szekspira zrobiła spektakl niebędący jedynie tragedią jednostki i przewrotnie zorganizowała nam zbiorowe doświadczenie, mimo że każdy z widzów wydaje się zamknięty w swoim świecie i odbiera Hamleta w intymny, własny sposób. Wołanie o wspólnotę wybrzmiewa tym szczególniej w budynku sakralnym. Kościoła – prawdziwej wspólnoty nie wyznaczają przecież żadne mury i jest w nim miejsce dla każdego, niezależnie od pochodzenia czy języka, w jakim mówi. To wzruszające przesłanie wzmocniła przepiękna pieśń Fortynbrasa (wykonana przez Flaunnette Mafę), rozpoczynająca nowy krąg życia-sztuki, w której to, jak odnajdziemy się pomiędzy innymi i jaką wspólnotę stworzymy, będzie naszym „być albo nie być”.

Maja Skowron, Shakespeare Daily

Hamlet, reżyseria: Maja Kleczewska, Teatr Polski w Poznaniu (Polska), fot. Dawid Linkowski

Festiwal Szekspirowski

Teatr-Bakałaż-Ecce-Homo-2019-07-26-16.jpg

30 lipca 2019

Shaking the Walls, potrząsanie i burzenie metaforycznie rozumianych murów, to hasło które nierozerwalnie towarzyszy tegorocznej edycji festiwalu. Szczególnie silnie uwidacznia się to na scenie offowej. Niektóre spektakle i performance epatują wręcz niewyszukaną publicystyką i zdają się być skrojone na miarę domniemanych przez ich twórców oczekiwań jury.

Szczególnie warte uwagi i zapadające w pamięć zdają się jednak te produkcje, których twórcy poważyli się zburzyć granice miedzy przestrzeniami alternatywnymi, zabierając widza w trudną emocjonalnie, ale wysmakowaną estetycznie podróż w zaświaty. Tak więc artyści Teatru Bakałarz z Krakowa (nagroda jury i nagroda publiczności na poprzedniej edycji „offów”) eksploatują infernalne otchłanie ludzkiej duszy. Makbet u progu swej zbrodniczej drogi konfrontuje się z największymi i najbardziej niebezpiecznymi ludzkimi namiętnościami personifikowanymi przez Brutusa, Klaudiusza i córki Leara. W drodze ku upadkowi towarzyszą mu wiedźmy, wcielenia Mefistofelesa. One to właśnie uświadamiają mu i widzowi, że „piekłem jest wszystko, co nie jest niebem”, a zatem „lasciate ogni speranza…”. „Ecce homo” to portret człowieka, w którym wbrew konotacjom tytułu trudno dostrzec wcielenie boskości, sporo za to przygniatającego bólu, podatności na pokusy, świadomości własnej deprecjacji („starcy są zbędni”). Paweł Budziński ambitnie stawia swoich aktorów przed koniecznością zmian tempa akcji i wcielania się niejednokrotnie w kilka różnych postaci. Warta szczególnego odnotowania jest wirtuozeria warsztatowa, z jaką Mieszko Syc poruszał się pomiędzy learyzmem, hamletyzowaniem a wzniosłością majestatu Duncana, Cezara czy Belzebuba. Niepowtarzalny klimat emocjonalnej katabazy buduje w znacznej mierze też znakomita scenografia i wykorzystanie filmowych motywów muzycznych kojarzących się z działaniem mocy ciemności.

W otchłanie piekielne zapraszają widza również artyści grupy imPerfect Dancers, twórcy spektaklu „Lady Makbet”. Makbet i jego małżonka skazani zostali na samych siebie- piekło nie zna gorszej tortury. Przed ich oczami rozgrywają się kadry z przeszłości: „miłość, walka, zbrodnia i pomsta za nie”, jak ujęłaby to Iłłakowiczówna. Między bohaterami nie brak było czułości, zwyciężyła jednak drążąca ich umysły i serca ciemna siła. Przeżywają zatem w nieskończoność swe zbrodnie, ścierają się z wiecznie powracającym duchem przy nieustannej obecności wiedźm, cór przeznaczenia, którego zmienić już nie sposób. Wszelkie słowa są tu zbędne. Napięcia ciała i co rusz przerywane rytmy ruchu to nośniki najgłębszych namiętności. Linearna struktura dramatu ulega całkowitej dekompozycji. Opowieść- chociaż utkana ze skrawków pamięci, rozpaczy i czegoś na kształt wyrzutów sumienia-jest jednak całkowicie kompletna i w pełni oddaje najgłębsze sensu tragedii stratfordczyka. Osią spektaklu jest niewątpliwie wspaniale wykreowana postać tytułowej bohaterki. Ina Broeckx zbudowała rolę wielowymiarową, budząca zarazem litość i odrazę, pełną wewnętrznego napięcia, emocjonalnie rozedrganą i niezwykle technicznie precyzyjną zarazem.

Twórcy węgiersko- rumuńsko- angielskiej koprodukcji „Rosencrantz i Guildenstern nie żyją” wspomagani przez doskonale znanych festiwalowej publiczności charyzmatycznych muzyków z The Tiger Lilles sytuują akcję swego spektaklu w czyśćcu lub w otchłani (szeolu). Tam bohaterowie szekspirowskiego arcydramatu w trumnach oczekują dnia sądu. Nim to jednak nastąpi, do życia budzi ich aktor, każąc po raz kolejny przeżywać namiętności życia – pełnego poezji i zdrady, muzyki i okrucieństwa, powagi i groteski. Jakkolwiek by się nie starali, odwrócenie wyroków losu nie jest możliwe, o czym świadczy genialnie ograna metafora rzutu monetą. Bardzo interesującym zabiegiem jest zmiana perspektywy odczytania opowieści. W jej centrum nie znajduje się Hamlet, ale para peryferyjnych bohaterów, przyjaciół księcia zwykle potrzebnych tylko po to, by tragedia sprawnie zmierzała ku kulminacji i katastrofie. Tym razem jednak ich przyjaźń, zdrada i cena, która za nią zapłacą stanowią centrum spektaklu. Od ich zgody bądź jej braku na udział w królewskich intrygach zależy wszak nie tylko los księcia i Danii, ale także wyrok, który czeka ich na Sądzie. To również dzięki nim aktorzy budzą regularnie do życia mieszkańców Elsynoru. W teatrze i w życiu nie ma nieważnych ról. Cały zespół wziął sobie głęboko do serca tę prawdę i stworzył spektakl, którego każda minuta nasycona była emocjami. Atmosfera przedstawienia byłaby jednak niepełna, gdyby nie znakomicie komponujące się z jego akcją interludia w formie wykonywanych na żywo utworów The Tiger Lilles.

Dwa piekła i czyściec to plon zaledwie czterech pierwszych wieczorów festiwalu. Poprzez umieszczenie akcji spektakli w metafizycznym bezczasie, trudno mówić o klasycznym zakończeniu ich trwania. Ideę tę szczególnie zaakcentowali artyści Bakałarza, którzy grali, aż teatron opuścili ostatni oglądający. Kadry wszystkich tych przedstawień miały magnetyczną siłę więzienia wyobraźni widza na długo po finalnych oklaskach. Można wiec zaryzykować twierdzenie, ze ich twórcy, kreując piekło i czyściec, artystycznie zabrali spektatorów wrażliwych na ten rodzaj teatru w tę trzecią z metafizycznych przestrzeni.

Wojciech Kieler

Wojciech Kieler